Z pamiętnika przyszłej żony

Pisząc poprzedni wpis, czułam się jak dinozaur, cudem ocalały z wielkiej zagłady dinozaurów. Ocalały przez przypadek, tylko dlatego, że tą zagładę… przespał. Ja – jedyna przedstawicielka nieistniejącego (już) gatunku, wytykana palcami, linczowana i skazana na ostracyzm.
Ale okazało się, że jest nas całkiem sporo, takich „dinozaurzyc” ;). Ba, trzymamy się żywe, w całkiem dobrym zdrowiu! 🙂 Jest to niesamowicie krzepiące i za to Wam ogromnie dziękuję! 🙂

Dzisiaj poruszę kwestię, którą obserwuję u siebie od lat paru. A dokładniej, od momentu, w którym nabrałam pewności, że nasz związek to relacja na poważnie. Czyli po jakichś dwóch tygodniach znajomości ;).
Otóż, zauważyłam wówczas, że pewne funkcje, które dotąd posiadałam w standardowym wyposażeniu… zaczęły zanikać…

1) Orientacja w terenie. Nie żeby wcześniej była nadzwyczajna, ale obecny stan to już lekkie przegięcie. Idąc z Nim, delektuję się samym faktem stąpania po ziemi (lub asfalcie. Albo płytach chodnikowych), a gdybyście mnie zapytali, skąd idziemy, dokąd zmierzamy (inna sprawa, że idąc z Nim, praktycznie ZAWSZE fajnal destynejszon naszego spaceru, okazuje się dla mnie niespodzianką. I NIE ZAWSZE jestem z tego faktu zadowolona), to będziecie musieli zaczekać chwilę, aż mój wzrok rozbiegany wróci na prostą, a myśli krążące w mej głowie bez ładu i składu, przybiorą jakąś konkretną formę, pozwalającą na wyartykułowanie rzeczowej odpowiedzi: nie wiem. Serio. Mimo, że z geografi byłam całkiem niezła, wiem, którą stronę kamienia mech porasta, a z której strony drzewa mają gałęzie dłuższe, po której stronie słońce wschodzi, a po której zachodzi… idąc z Nim… No… Nie wiem.
Inna sprawa, gdy idę sama lub prowadzę auto. Wtedy jestem czujna, jak nasz kot na balkonie. Nic z kierunków mi nie umknie. Ale wspólny spacer i orientacja w terenie? Luudzie, dajcie żyć!

2. (Nieodłącznie zwiazany z punktem pierwszym) Bezpieczeństwo.
Nie wiem, czy mój organizm doszedł do wniosku, że skoro idę z Nim, to ma kto zadbać o moje bezpieczeństwo, więc on (organizm) może sobie odpocząć, czy o co kaman, ale mam tak stępiony słuch (czyżby przez motyle trzepoczące po tylu latach w moim brzuchu?), że nie słyszę nadjeżdżających z tyłu rowerzystów, ba!, nie zauważam nawet tych nacierających prosto na mnie! Patrzę, a nie widzę. Wówczas, do akcji wkracza On, pociagając mnie odrobinę za rękę, w celu usunięcia mej osoby spod kół jeszcze przed przejechaniem. Całe szczęście! A z drugiej strony, strach, gdy Mu czymś podpadnę ;).

3. Koniec wojny. A, przynajmniej, zawieszenie broni. Dla dziewczyny, która siłowała się z kolegami z klasy na rękę, chodziła na zajęcia SKS z koszykówki, jest wyszczekana jak pies sołtysa, pyskata i nie da sobie w kaszę dmuchać, brnąca przez życie niczym ruski czołg… No właśnie… Zjawia się On i świat od razu jest bezpieczniejszym miejscem. Ludzie wychodzą nieśmiało na ulice. A mi się zdarza być kocykowym burrrito, domagającym się przytulania, glaskania i czekoladowego cappuccino. I może jeszcze kanapeczki. I batonika z masłem orzechowym. Jakby tego było mało, upichcić coś lubię. I zrobić smutną minę, gdy coś popsuję. I zostawić techniczne sprawy (z którymi, do niedawna, radziłam sobie bez problemu) dla Niego, a czasami pozgrywać kompletną niemotę, że taka drobniutka jestem, malutka i pokrzywdzona przez los dwiema lewymi rękami. Wielokrotnie złamanymi ;).



4. 
(ostatni, ale najważniejszy punkt) Ogrzewanie. Przez całe życie było mi gorąco. Przy 28-stopnowym mrozie spacerowałam na uczelnię bez czapki, w kożuszku, bluzce na krótki rękaw i skarpetkach pod spodniami. Odkąd jestem z Nim, mój autonomiczny system grzewczy, robi sobie wolne. Przy Nim mi ciepło, z dala od Niego – w czerwcu zakładam polarową piżamę i grube skarpety do spania. Tak, w lipcu też.

A jak jest u Was?
Też macie wrażenie, że Wasze organizmy, na pewnym etapie związku, deaktywowały kilka prężnie działających funkcji? 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *