Ślubne dywagacje

Choćby kobieta była wychowana przez Mormonów, uczona przez zakonnice w klasztorze, była eteryczną elfią wróżką, mdlejącą od dźwięków łaciny podwórkowej, choćby jej wszystkie k…szony i ch…muje kołkiem w gardle stawały i powodowały mdłości, jest takie jedno (zazwyczaj) w życiu wydarzenie, które powoduje, że całe te maniery wpojone w procesie socjalizacji i edukacji, wszystkie przekonania i zasady, a także śluby dochowania czystości języka, bierze w łeb.
Piorunująco szybko.
Bez zastanowienia.
Od razu.
Jest to własny ślub.
A, może raczej: przygotowania.
No bo k…rwa… (sami widzicie).
Zaczyna się od pytań.
Czy wszystko już mamy uzgodnione/załatwione/dograne?
I, dziwnym trafem, pytania te skierowane są w miażdżącej większości, do kobiety właśnie.
Jakby mężczyzna, który też w tym (raczej) uczestniczy, był przynajmniej z innej planety (tego, że my z Wenus, a oni z Marsa, w tych rozważaniach pod uwagę nie bierzemy), komunikował się jedynie w staro-cerkiewno-słowiańskim albo był po prostu przygłupi. Okej, ze strony jego przyszłych teściów, może być różnie z postrzeganiem bystrości umysłowej przyszłego zięcia, ale wstyd trochę, żeby jego rodzona rodzina, podejrzewała go o skrajną tępotę…
W każdym razie, odpowiadając po raz sryliardpińcetsześćdziesiątytrzeci na ten sam zestaw pytań, dostać można ku…wicy. Albo, po prostu, oc…ujeć.
(Te z Was, Drogie Czytelniczki, które teraz szczerzą ząbki w uśmiechu albo tarzają się po podłodze oburącz trzymając za brzuch, uprzedzam lojalnie: jeszcze trochę i zrozumiecie. Jest duże prawdopodobieństwo, że Was to kiedyś sieknie.)

Kolejna sprawa: coś się zawsze wysypie. Zawsiuteńko.
I nie będzie to tylko mąka lub sól drobna.
Coś nie pyknie z kwiatami, nie zdążysz kupić lub rozchodzić butów, kot podrze welon, a pies zeżre obrączki. To są fakty autentyczne. Mimo, że nie znam ich z autopsji, to znam kogoś, kto zna kogoś, kto opowiadał, że jego znajomą/znajomego dotknęły.

Powiadają też, że im bliżej godziny zero, tym bardziej wpienia cię druga połówka. Nie wiem, czy to do końca prawda, czy emocje i terminy biorą górę, w każdym razie, jeśli macie z partnerem/partnerką bardzo podobne, dość gwałtowne charaktery… Różnie może być.
I błogosławię Mego Męża za stoicki spokój i umiejętne łagodzenie wszystkich moich ku…ew. I ch…jów.
I mimo, że w ogólnym rozrachunku, wszystko wyszło ekstra, mam nadzieję, że wzięliśmy ślub raz na zawsze, że jest wiążący w obliczu prawa i cieszę się, że jesteśmy już po.

Tym wpisem staram się wrócić na blogowe łono, ogarnięta już i całkiem przyziemna.
Planuję też drugą część, poradnikową, jak zminimalizować stres w Tym Dniu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *