Owca i obowiązki domowe, czyli wyciągamy trupa z szafy (i uczymy go tańczyć) cz.1.

Podejrzewam, że istnieją na świecie ludzie, którym przyjemność sprawia pucowanie luster i polerowanie szkieł krochmaloną szmatką, która nie zostawia kłaczków. Że są osoby, które nie spoczną, jeśli dzień w dzień nie ogarną ściereczką z mikrofibry wszystkich powierzchni płaskich w mieszkaniu i nie zasną, jeśli choć jedna łyżeczka będzie wieczorem zalegała brudna w zlewie.
No cóż… Ja do takich osób nie należę.

Nie znaczy to, że widok naczyń wystających ze zlewu mi kompletnie nie przeszkadza, bo, uwierzcie, przeszkadza i to bardzo. Dlatego staram się unicestwiać je na bieżąco. Problem pojawia się, gdy nie mogę tego w danej chwili zrobić. W takim przypadku rozpoczyna się reakcja łańcuchowa i dochodzą kolejne brudne talerzyki i kubki, coraz szybciej, coraz więcej. Jak w reaktorze jądrowym po wsunięciu prętów paliwowych (kojarzycie schemat?).
I jak już spotka mnie taka przykrość, absolutnie nie unikam konfrontacji! Podchodzę do zlewu szybkim, pewnym krokiem (niech brudy wiedzą, kto rządzi!) i tonem rozkazującym, sprzeciwu nie znoszącym, mówię: gary muw ałt!, po czym wychodzę z kuchni. Wiecie, lubię rządzić, owszem (kto nie lubi?), ale nie jestem tyranem! Daję im czas na przemyślenie swojego zachowania, a raczej zaniechania działania i naprawienie popełnionego zaniedbania.
I wiecie co?
Jak dotąd, ani razu gary nie umyły się same. Co więcej, nie przesunęły się w zlewnie ani o milimetr. A nagromadzony na nich brud, mam wrażenie, że nawet narastał. A miało być tak pięknie… a tu znikąd pomocy, znikąd zrozumienia… Nic, tylko gąbka w rękę, płyn na gąbkę i jechane…

Także tego… Moje mieszkanie nie przypomina tych idealnie instagramowych, ja nie pretenduję do tytułu Perfekcyjnej Pani Domu, gary nie myją się same. I pozostaje albo ten fakt zaakceptować albo pielęgnować w sobie poczucie żalu i niesprawiedliwości…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *