Narty, Black Friday i prasowanie (oraz nieskończenie wiele innych ważnych rzeczy)

Miesiąc temu ponad, rozpoczęłam sezon narciarski.
Bez nart.
I w jednym bucie.

To jest wyczyn, Proszę Państwa!
Dlatego nie rozumiem, skąd ta ekscytacja rozpoczętym dopiero co sezonem skoków.
Rozpoczętym przez kompletnie ubranych, wyćwiczonych zawodników, startujących w doskonale przygotowanym środowisku (na śniegu, a nie na betonie i glebie) i przy odpowiedniej infrastrukturze (windy ich na sczyt skoczni wwożą, Proszę Państwa. A ja mam do dyspozycji jedynie schody).
Wraz z inauguracją sezonu, otrzymałam również super moce, na przykład zdolność przepowiadania pogody (noga mię tak, Drodzy Państwo, napieprza, gdy zmienia się front, że powinnam układać prognozy długoterminowe dla stacji meteo) oraz plus 1000 do popularności – powiadam ja Wam, że mało kto na ulicy się nie odwróci za kuśtykającą kobitą z foliówką pełną pomidorów. Bo spojrzeć, to się spojrzy każdy. W autobusie udzielam wywiadów obcym ludziom na temat wyższości ortezy nad tradycyjnym gipsem, a w tramwaju i w przychodni staruszki ustępują mi miejsca. Total fejm, mówię Wam.

Ale żeby nie było tak słodko i cudownie – żyjemy w Polsce, helloł! – jak pewnie wiecie, jestem poważną biznesłumen, matką założycielką bardzo poważnej działalności o bardzo poważnej nazwie (Owca Prodakszyn, jakby kto nie wiedział). A od jutra, a dokładniej: 24.11., godz. 00:00, mamy bardzo poważny Black Friday (czyli obniżki obniżek), w którym po raz pierwszy mogę wziąć udział. Od drugiej strony lady, że się tak wyrażę.
A że działam głównie internetowo, potrzebuję aktywnego i szybkiego dostępu do globalnej sieci.
I wszyscy to rozumieją.
Oprócz Dostawcy Internetu, z którego usług ja korzystam…
Dostawca ów stwierdził bowiem, że wykorzystałam pakiet nielimitowanego Internetu. Rozumiecie, wykorzystałam nielimitowane.
Uważam, że zasługuję na szóstkę z matmy na świadectwie, Nagrodę Nobla oraz miejsce w Rock&Roll Hall of Fame, bikoz właśnie odkryłam i ustanowiłam limit nieskończoności. Brawo ja.
A że nie jestem chamką i snobką, podzielę się z Wami moim odkryciem: limit nieskończoności wynosi 40 gigabajtów.
Dziekuję.
Bierzcie i korzystajcie z tej wiedzy wszyscy, zrzekam się praw autorskich oraz wszelkich praw pokrewnych.
Do mojego odkrycia, rzecz jasna.

I gdyby nie Mój Małżonek, który otworzył mi jakieś czakry, siedziałabym teraz zalana łzami nad niewczytujacą się sklepową stroną, z lampką wina w dłoni.
Znaczy, teraz też siedzę z lampką wina w dłoni.
I ze łzami w oczach.
Tyle, że w sklepie jest już aktywne -20% na wszystko (jakby kto pytał, do 3.12. włącznie – opykamy w jednej akcji i Black Friday i Prodakszynowe urodziny), a przede mną stoi deska do prasowania.
Płakałabym, gdyby w puli pogniecionych ciuchów znajdowały się mężowskie bojówki.
Ale sprawdziłam dwa razy – nie ma.
Przed trzecim sprawdzeniem, wyszłam nawet na chwilkę do kuchni, żeby dać im fory (bojówkom, znaczy) – mogłyby wówczas wskoczyć niepostrzeżenie w kupkę – tfu – w KUPĘ rzeczy do prasowania, jak to zwykle mają w zwyczaju. Mówię Wam, Drodzy Państwo, bojówki to podstępne gadziny. Uważam, że kto bojówek nigdy nie prasował, naprawdę niewiele jeszcze wie o życiu.
Tak więc, bojówek nie ma, ale prasowanie nie jest tym, co owieczki lubią najbardziej.
Bo owieczki, gdybyście nie wiedzieli, to najbardziej lubią czekoladę z okienkiem (chociaż ta taka zielona z Lidla, z mnóstwem całych orzechów laskowych jest chyba nawet jeszcze lepsza. Tyle, że słabo już pamiętam jej smak – mam do Lidla wybitnie nie po drodze. Myślicie, że jak poproszę Męża, to mi kupi? 😉 :D) I czytać. I pakować prezenty (tak, każda rzecz kupiona w Owczym sklepie jest zapakowana tak, żebyście się nie wstydzili jej komuś podarować, zaraz po wyjęciu z pocztowej koperty. Niezależnie, czy idą Święta, czy powiadamiacie mnie, że ma być na prezent, czy nie. Pakuję i już.).
A propos kropek właśnie! W którejś książce podróżniczej W. Cejrowskiego (zaczęłam jedną, dawno temu i nie skończyłam… Ale tytułu nie pamiętam…), we wstępie chyba, było o korekcie przed wydaniem. Że dla W. Cejrowskiego, znak interpunkcyjny odnoszący się do treści w nawiasie, powinien pozostać w nawiasie (taka kropka, na przykład). A jeśli za nawiasem jest koniec zdania, to on drugą kropkę stawia, bo przecież ta w nawiasie nie obejmuje zdania poza nawiasem, a ta poza nawiasem nie powinna obejmować treści w nawiasie.
Rozumiecie?
I ja się wybitnie z tą teorią zgadzam.
Więc jeśli jest tu jakiś purysta językowy (już mu głęboko współczuję), to pozwolę sobie zacytować:
A wpisz mi uwagę!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *