Kto wydoił moją krowę?

Na fali tych wszystkich programów z cyklu Pamiętniki z wakacji, Dlaczego ja? oraz Kto poślubi moich synów?, ja się pytam: KTO WYDOIŁ MOJĄ KROWĘ?

Zaczęło się niewinnie całkiem. Jak zazwyczaj.
Po prostu, w sobotę przyniosłam do pracy mleko. W litrowym kartoniku, czerwonym* takim z dorodną, słusznie umaszczoną, czarno-białą Krasulą i fioletowym kleksem informującym, że mleko owo laktozy nie ma, ohne Laktose, zero, free. Cały kartonik wypełniony pod korek, oryginalnie zamknięty, zalakowany, nieśmigany, wstrząśnięty niezmieszany.
Napoczęłam go w ową sobotę, podlewając nim hojnie cappuccino, bo przecież kawa jest super, ale tylko w tandemie z mlekiem.


Kartonik w trzech czwartych pełen, wstawiłam do wspólnej lodówki, nie opisując go, gdyż wierzę, że człowiek z natury jest dobry, nieswojego nie tyka, a nawet jeśli, to nie wysiorbie całości, a jedynie kilka kropel upuści do czary swojej.
O święta naiwności!

W niedzielę miałam wolne (czyt. rozwijałam się poza organizacją) i co czas jakiś przesyłałam „pracowej” Krasuli ciepłe myśli znad kubka letniej kawy. Wiedziałam, że czeka na mnie, że jeszcze tylko kilka godzin i się spotkamy.
I gdy mię dzisiaj nad klawiaturą mulić zaczęło tak, że rzęsami praktycznie wciskałam Enter, zasypałam kubek kawą i wybrałam się na małe rendez-vous do lodówki.
Jakie było moje zdziwienie, kiedy Krasuli nie zastałam na półce…!
Aż drzwi musiałam zamknąć, po czym sprawdzić ponownie, bo to niemożliwe przecież, żeby kartonik mleka poszedł na spacer. No niby-nóżek, jak ameba, przecież nie dostał!
Żyję na tym świecie lat prawie-trzydzieści i do tej pory życie mnie nie nauczyło, że lodówka to nie skrzynia magika, żeby coś w niej znikało i pojawiało się samoistnie. Jak już zniknie, to najpierw trzeba odpowiednie myto w odpowiednim miejcu uiścić, co by zniknięty towar odzyskać, a to i tak nie będzie ten sam, mimo, że taki sam na pierwszy rzut oka.
Lat prawie-trzydzieści, a dalej się dziwię jak czterolatek.

Sokolim wzrokiem przeskanowałam całą lodówkową treść – daremne żale, próżny trud. A kawa w kubku już do połowy zalana… Już miałam wylać. Już doszłam do wniosku, że mi się soboty i dostawy mleka pomyliły, że amnezja, skleroza, za dużo masła, starosć – nie radość, aż wzrok mój padł na kosz na śmieci, w którym jedynym obiektem była moja wydojona Krasula…!
I w tym momencie, całe dobro ze mnie znikło. Spaliłam traktaty pokojowe, odkopałam topory wojenne, na powrót otworzyłam lodówkę i wlałam sobie pół kubka czyjegoś mleka.
Na swoje, cokolwiek liche, usprawiedliwienie mogę rzec, że podkradłam z najpełniejszego kartonika. I nie wydoiłam do końca.
Za to przeraża mnie, że zrobiłam to pod wpływem emocji, nie pytając nikogo o zgodę, nie szukając właściciela mleka.

I tak właśnie przemoc rodzi przemoc, Moi Drodzy.

Jutro również przyniosę cały kartonik. I przykleję do niego wizytówkę. Żeby ktoś mnie chociaż esemesem powiadomił, że moje mleko właśnie wyszło. A właściwie, weszło w czyjś układ pokarmowy i pokonuje teraz, na ręcznym, piąty OES jelita cienkiego. Jeszcze mu przyklasnę za dobry czas na mecie! I, przy okazji, kupię nowe, żebym znowu nie musiała podkradać za filarem, bo naprawdę źle się z tym czuję.
Choć, rzekomo, kradzione nie tuczy…

Dzisiejszą pisaninę sponsoruje pstryczek od Kasi, która zaproponowała mi pisanie a la co mi się kotłuje w łepetynie (piękniej to nazwała: pisaniem dla samego pisania ;)) i pokazała mi blog Janiny (jak mogłam nie znać tego miejsca w sieci?!). Drugą Janiną nie będę, nie ma szans na to i nawet nie będę próbować – brzydzę się kopiowaniem wszystkiego prócz obrazów – ale jest to dla mnie takim… back to basics, gdy jeszcze prowadziłam bloga na Ownlogu i potrafiłam pisać o chlebie w reklamówce za oknem, gdyż ponieważ miałam na to ochotę ;).
Enyłej, zapraszam Was do Kasi i do Janiny po dużą dawkę inspiracji i humoru! 🙂

________________________
*Internety czerwonego kartonika nie miały.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *