Keep calm. Or something.

Jedni walczą z Pocztą Polską i ja im się nie dziwię. Też bym walczyła. Na szczęście, nie muszę, gdyż ponieważ trzymam sztamę z paniami z mojej FUP. I z tego miejsca, pozdrawiam Panie, Pani Olu i Pani Aniu. A jeśli Panie to czytają, jutro rano będę po paczki. Można już szykować ;).

Enyłej, rozumiem tych, co z Pocztą walczą, chylę czoła i pozdrawiam, dużo cierpliwości życząc, przy okazji, bo się z pewnością przyda. I żeby tym jednym przykro nie było, pocieszyć ich pragnę patriotycznie: ja też walczę.
Z kurierem.
Już słyszę, że w jakim sensie patriotycznie i co to za pocieszenie?, ale spieszę donieść, że według Światowgo Raportu Szczęścia z roku bieżącego, Polska zajmuje w rankingu 46. pozycję. Awansowała, w porównaniu z rokiem ubiegłym, aż o jedenaście miejsc, ale to za mało, żebym uwierzyła, że my -Polacy przestaliśmy cieszyć się z cudzych niepowodzeń, a przynajmniej, że czujemy się bezpieczniej, gdy ktoś ma tak samo lub podobnie, jak my. Niezależnie czy przerąbane, czy wyrąbane w kosmos. Oczywiście, brzydzę się wszelkimi uogólnieniami oraz szufladkowaniem (a fe!).

Wracając do meritum: od piątku staram się odesłać moją ślubną kieckę w piździec – tam, skąd przyszła. Mam juz w zanadrzu dwie lepsze, a ślub planuję brać raz w życiu, więc po co mi trzecia? Zwłaszcza, że w tej trzeciej (która była pierwszą – nadążacie?) nic by nawet nie szło zjeść, wszak albowiem, dopasowaną w talii była zaiste. Za to rękawyyy… Rękawy to ona miała takie, że gdybym ją wymieniła na rozmiar większą, ubrała i podniosła ręce w górę, wszyscy goście na parkiecie zaraz by zaczęli klękać i się żegnać, w celu odmówienia Ojcze Nasz!
Co nie byłoby, znów, takim głupim posunięciem i zaspokoiłoby przewijające się co jakiś czas sugestie, jakoby ślub cywilny był szatańskim wymysłem i nie miał ważności, bez odpowiedniego przyklepania tematu przed ołtarzem. A tak – bardzo proszę! Tuinłan – dla każdego coś miłego. Emocjom nie byłoby końca, tak czuję.

Znów odbiegłam od tematu… Gdzie ja byłam? A, już wiem! Pisałam o niemożności zjedzenia czegokolwiek na ślubie własnym w owej kiecce. Że o piciu napojów gazowanych już nie wspomnę! Chociaż, z drugiej strony… Myślę, że z nagła pojawiłyby się dodatkowe fundusze na wyprawkę i wózek oraz wykwalifikowana położna, do kompletu.

Więc odsyłam. Mimo ewentualnych dodatkowych korzyści.
Kuriera zamówiłam na piątek – wszak to był mój wolny dzień. Na zakupy i ze śmieciami wyekspediowałam przyszłego Pana Młodego (niech się wprawia), a ja zasiadłam do czekania na przewoźnika. Jak na rasową kurę domową przystało, uczapliłam zad na sofie, plecami rozparłam się o oparcie, szkitki wyciągnęłam na podnóżku, a wzrokiem wgapiałam się w drzwi.
Nawet nie macie pojęcia, jak się zmęczyłam! A oczy! Miałam wrażenie, że mi zaraz eksplodują! Na szczęście pomogło, gdy zaczęłam mrugać. Choć to pewnie właśnie wtedy, podczas tych mrugnięć, przegapiłam nadejście kuriera, a trzepot rzęs mych, zagłuszył dzwonek do drzwi.
Chyba, że kurier dobijał się do naszego mieszkania, gdy filcowałam myszy do utraty tchu, malowałam kubki (przecież miękkie, syntetyczne pędzle tak głośno szorują o gładką porcelanę!) niczym Salvador Dali, piekłam ciasto bez pieczenia (te wafle ryżowe tak trzeszczą podczas przełamywania!), czy zgłębiałam tajemnice kolejnej zbrodni razem z policjantką Kim i śledczym Bryantem (ileż decybeli generuje przewracanie kartek w ksiązce!). Ale gdy skończyłam czesać kota i wybiła siedemnasta, postanowiłam opuścić swoje dotychczasowe centrum dowodzenia i udać się, na sekund pięć dosłownie, w ustronne miejsce.

I, szlag jasny!, akurat wtedy zadzwonił telefon. Super. Ekstra. Rewelacja. Doskonałe wyczucie czasu, strzał w dziesiątkę, doprawdy. Brawo, brawo. Oczywiście, gdy dobiegłam do komórki, taszcząc pas spodni w ręce, dzwonek umilkł.
Hm, numer nieznany.
No cóż, jeśli mu zależy, zadzwoni ponownie.
Ale, widocznie, nie zależało, bo nie zadzwonił. Nie to nie.
Spokojnie czekam dalej na kuriera.
O dziewiętnastej do mnie dotarło, że nie ma siły takiej, żeby kurier się pojawił, że to też człowiek przecież i też chce mieć wolny łikend.
Byłam pełna zrozumienia. Przebaczenia. Wysyłałam w jego stronę całe stado ciepłych myśli obmyślając, kiedy by tu teraz zrobić dzień wysyłki. Uśmiechałam się do niego w myślach… przez całe trzydzieści sekund. Później coś kliknęło w mojej głowie. A co, jeśli ten nieznany numer, to nie numer a kurier?! O nie! O nieeeee nie-e-nie! Kurier, który zamiast zadzwonić domofonem, sprawdza, czy odbiorę telefon, a skoro nie odbieram, to mnie w domu, najwidoczniej, nie ma, więc spokojnie można temat olać, ciach – babkę w piach i świętować los łikendos, bo kto bogatemu zabroni?

(kropka nienawiści. Nawet trzy.)
Uskuteczniam ćwiczenia oddechowe.
Jestem kwiatem lotosu unoszącym się na tafli krystalicznie czystego, nietkniętego najmniejszym podmuchem wiatru, jeziora. Zen.

Patrzę w grafik. Zamawiam kuriera na wtorek. Normalnie i standardowo, reprezentant tego przewoźnika (przewoźnika na literę Fy) jest w mojej dzielnicy około godziny jedenastej AM, CEST, UTC+2. Wiem, bo widzę furgonetkę regularnie o tej porze przy sąsiednim wieżowcu. Jak pan odbiera/rozdaje paczki. I odjeżdża.
Szychtę zaczynam o 14, czyli mieszkanie opuścić muszę o 13.
Zdążymy, Panie Kurierze. Przybij piątkę, ze wszystkim zdążymy. I nikt się nie będzie musiał denerwować.
Prawda?

Wtorek, 11:23 UTC+2
Widzę go.
Przez okno w kuchni.
Na luziku kręci się pod blokiem.
Paczki rozdaje niespiesznie.
Przyczaiłam się w mieszkaniu. Przy domofonie. Żeby od razu go wpuścić móc.
Po pięciu minutach pomysł porzuciłam.
Wzięłam się za rękoczyny* na wypierdkach mamuta**, bo przecież pan kurier to człowiek, a człowiek jest, PRZECIEŻ, z natury dobry. I rzetelnie wykonuje swoją pracę. Więc zaraz u mnie będzie. Na pewno!

O 13:15 opuściłam mieszkanie, udając się na drugi tramwaj (dałam kurierowi fory). Kurier się nie zjawił. Furgonetka firmy na Fy stała się niewidoczna, aczkolwiek podejrzewam, że poprostu odjechała.
Wysiadając na właściwym przystanku, spojrzałam na mój, wyciszony już, telefon. O. Nieodebrane połączenie. O 13:30. Od nieznanego numeru. Przypadek? Nie sądzę.
Od razu, z miejsca, trafił mnie wielki cytrynowy piorun, w sam środek potylicy. Poziomo szedł, skubany.
Jestem pierd…onym kwiatem je…nego lotosu unoszącym się na tafli zaje…ście czystego, nietkniętego najmniejszym, ciulowym podmuchem wiatru, jeziora. ZEN, qrwa!

Panie Kurierze, dwunastego dnia obecnego miesiąca będę na Pana czekać. Pod wiadomym adresem.
Choćbym miała przymierać głodem z powodu sklerozy zakupowej, z domu się nie ruszę. Upraszam, żeby jednak zadzwonił Pan domofonem lub do drzwi, jeśli któraś z moich leciwych sąsiadek wcześniej Pana wpuści. Bo to chyba normalne, że nieczęsto biorę telefon tam, gdzie król piechotą chadza. Proszę mieć to na uwadze.
Pozdrawiam nieserdecznie, boś mię wqrwił lekko.

____________________________

Cóż tak śmierdzi?! Ach! Tak śmierdzi co?!
Pstro.
Zjarałam grzanki w piekarniku.
Brawo ja.
____________________________
*takie tam. Na przykład:

**te wszystkie karabińczyki, bigle, koraliki, zawieszki, rzemyczki, zapięcia, kółeczka… generalnie WSZYSTKO, co służy do tworzenia biżu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *